"Tomasz Szroniewski, ginekolog-położnik. Oszołomiony zawodowym awansem. Uwikłany w życie rodzinne. Osaczony cudzymi domaganiami. Próbuje łapać wszystkie sroki za ogon i najzwyczajniej w świecie – dać radę. Na własnej skórze sprawdza, jak szybko trzeba biec, by móc stać w miejscu.
Szroniewski realizuje plan minimum: zwlec się z łóżka i przeżyć kolejny dzień. Życie toczy się chropowato. Ale jednak..."
PREMIERA 14 WRZEŚNIA 2016 Jak zamówić

"Tomasz Szroniewski, ginekolog-położnik. Zna się na robocie. Prowadzi skromne, odludne życie. Mieszka w Warszawie, na Żoliborzu, w ciasnej garsonierze pełnej książek.
Rozedrgana od nowych trendów i mód stolica nie interesuje doktora. Żadnych fitnessów, modnych klubów czy restauracji...
Introwertyczny i skupiony na sobie zmaga się z rzeczywistością. Wystrzega się matki, a nawet kobiet w ogóle - w kontaktach innych niż zawodowe..." PREMIERA 2 GRUDNIA 2014 Jak zamówić

O książkach

Stan podgorączkowy

O Alkoholu
O Zazdrości
O Rodzinie
O Dziennikarstwie
O Drugiej Młodości

Geriavity

O Służbie Zdrowia
O Miłości
O Rozterkach
O Teściach
O Biznesie

O Alkoholu

      Jak człowiek jest kawalerem i ma kaca – to ma kaca. Jak jest żonaty i ma kaca – to ma kaca, że ma kaca. Miłka suszy mi głowę, wczorajszy alkohol suszy mi gardło. Moja otępiała dusza usycha z tęsknoty za spokojem i ciszą...
      Zestaw wczorajszych win (reńskie, mozelskie, mołdawskie) zdaje się ubożuchny względem zestawu win dzisiejszych: schlałem się jak zdziczałe bydlę (zdawało mi się, że takie jest założenie) i podobno powiedziałem milion niewłaściwych i niewybaczalnych rzeczy. Chronologicznie: podobno dezawuowałem teściową (to jeszcze pamiętam); następnie powiedziałem coś w stylu, że obwód mojej żony w talii jest wielkością porównywalny do Obwodu Kaliningradzkiego (ja to jednak jestem błyskotliwy po wódce!), a na koniec imprezy byłem uprzejmy skomentować urodę mojej stażystki „jest ta Kasie chycić za co”. Człowiek dużo czyta, to i skojarzenia ma literackie... Intelekt jak brzytwa. Ale moja żona jakoś nie uważa, że byłem zabawny.
      Szkoda

Jak zamówić?

Stan podgorączkowy można kupić w księgarniach stacjonarnych lub w dowolnej księgarni internetowej, np.:

 

Geriavity można kupić:

Wywiad z Geriavitem

Zapis rozmowy Renaty Chołuj z doktorem nauk medycznych, Tomaszem Szroniewskim.
Warszawa, Żoliborz, sierpień 2014 r.

W którym momencie zaczynamy być geriavitami? Co tak naprawdę znaczy "być geriavitem"?

Geriavit to proszę Pani jest ktoś, "komu noga się do tańca jeszcze rwie", ale tu i ówdzie widzi (o ile nie niedowidzi), że anachroniczny się staje, niemodny. Lamus normalny. Nie stary jeszcze, ale już jakiś taki nie na czasie. Chodzi tu o szczelinę, pęknięcie między samym sobą a rzeczywistością. To się dzieje na wielu płaszczyznach: komunikacyjnej, obyczajowej, językowej... Przykład Pani podam, bo tak Pani na mnie patrzy jakby Pani nic nie zrozumiała... Np. nazewniczo polukrowaliśmy rzeczywistość. Byle kawalerka to apartament, sklep ze szmatami to zaraz galeria.

Ewidentnie Pan, Doktorze po prostu chciałby być modniejszy, mainstreamowy... Może Pan ukrywa sam przed sobą tęsknoty za luksusem?

Prędzej za leksusem, bo skoda mi się psuje, proszę Pani. A tak naprawdę to chciałbym jakoś zapanować nad czasem. Wciąż się uczę zarządzać życiem w biegu. Szalenie mnie wyczerpuje nieustanny sprint od samochodu do porodu, od pralki do cesarki...

Lekarz powinien być zorganizowany i umieć wyznaczać priorytety.

Ależ ja jestem zorganizowany! Chodzi, proszę Pani o czas. W okolicach trzydziestki znacząco przyspiesza. W okolicach czterdziestki już pędzi, gna na złamanie karku. Boję się nawet myśleć, jak będzie później. Czas teraźniejszy, nieżyczliwy...
Świat się zmienia na tysiące sposobów. I już starożytni nie mogli przyzwyczaić się do tempa zmian. Całkiem niestarożytny Steinbeck (mój ulubiony pisarz, proszę Pani, czytała Pani coś? ) poczynił spostrzeżenie, iż cechą wieku dojrzałego jest niechęć wobec zmian. Szczególnie wobec zmian na lepsze.
Widać jasno: problemy stare, ale technologie nowe. Nowe, nowsze, z dnia na dzień. Wystarczy się zdrzemnąć, zamyślić, zapatrzyć. A tu już inaczej. Komputery coraz mniejsze, a komórki coraz większe. Albo na odwrót. A biedy ludzkie te co zawsze...
(Pauza. Doktor mętnym spojrzeniem podąża za muchą, krążącą nad biurkiem. Ożywia się potem nagle.)
Oto i moje wnioski. A kończąc dzieło nie można powiedzieć nic stosowniejszego.

Rzeczywiście, inteligentnie powiedziane.

Pani się tak nie wdzięczy! Gdybym z inteligentnym autorem rozmawiał, od razu poznałby, że zacytowałem Leibniza, zakończenie "Teodycei". Słyszała Pani?

Pan ma jakieś osobiste do mnie urazy i nawet nie stara się ich ukryć.

A Pani niby zaskoczona jest? Niebywałe. Dopuściła się Pani tylu niedyskrecji wobec mnie, wywlokła Pani na światło dzienne moje sprawy najintymniejsze, lęki podświadome, tajemnice rodzinne... Nos w sam środek cudzych spraw Pani wsadziła.
Gdybyż to przynajmniej Pilch mnie opisał swoją krętą jak źródła Wisły frazą. Albo Myśliwski. Spokojną, wytworną prozą z podskórnym lękiem.

Grymaśny Pan jak dziecko. Może każdy bohater ma takiego autora na jakiego zasługuje, Panie Doktorze?

Kwadrans minął proszę Pani. Mam jeszcze dzisiaj sześć pacjentek. Proszę zapłacić 200 złotych w recepcji.

Zapłacić? Na Boga! Ja przecież Pana wymyśliłam.

No właśnie. Kiedyś trzeba za to zapłacić.

Dla dzieci

O wężu
Butowe drzewo
Spacer po pączki

Renata ChołujO wężu

Szszszszszszu... syczy wąż w łazience, kiedy mama bierze prysznic.
- A dlaczego on syczy, mamo?
- Bo przez niego leci woda. On wypluwa wodę.
- A skąd on bierze wodę, mamo?
- Ze ściany.
- A skąd w ścianie jest woda?
- Z takich specjalnych wodociągów. – I mama znowu zaczęła suszyć włosy.

Mama nigdy nie pozwalała zobaczyć, jak wąż ciągnie wodę ze ściany. Zuza chciała zobaczyć, jaki to jest mechanizm. A kiedyś, jak było późno w nocy, a rodzice oglądali film w telewizji, poszła pod drzwi łazienki i zaczęła słuchać. Coś syczało.
- Co tak syczy w łazience, mamo?
- E – mama chciała oglądać film – nic nie syczy. Tylko pan z góry się kąpie.
Zuza nic nie mówiła, ale była pewna, że to nie pan z góry. Tylko wąż ciągnie wodę ze ściany. Jak ją wyciągnie całą wodę, to potem trzyma ją w tym białym pojemniku nad sedesem.
Ale nie można było nic sprawdzić, bo drzwi były zamknięte na taką specjalną klamkę, której Zuza nie mogła otworzyć rękami.

A jak Zuza usnęła, to przyśnił się jej taki sen.
Była duża jak mama, i poszła do łazienki się wykąpać, ale trochę się bała węża. Bo był taki długi i srebrny. Ale wąż powiedział:
- Tobie jest fajnie, bo możesz chodzić wszędzie. A ja muszę wisieć tu w kabinie głową do dołu. I tylko wypuszczam wodę pyskiem, jak ktoś się kąpie. A czasem też chciałbym się czegoś napić.
Zuza pomyślała, że naleje wodę do umywalki. Ale potem, że wąż chciałby się napić czegoś innego. Może soku jabłkowego. I poszła do lodówki, wyciągnęła sok, nalała do szklanki i wąż napił się soku.
A potem wąż powiedział:
- Dobry sok, ale z czego on jest?
A Zuza mówi:
- Z jabłek, ty śmieszny wężu.
A wąż:
- A co to są jabłka?
- Pokażę ci, pójdziemy do sadu.
I złapała się ogona węża, a wąż z łazienki do przedpokoju, z przedpokoju do pokoju, z pokoju do okna, z okna do rynny i spuścili się w dół po rynnie. I popełzli do sadu, a w sadzie było dużo kolorowych drzew. A Zuza powiedziała:
- To jeszcze nie jesień. Musimy tu poczekać, może zaraz zrobi się jesień.
Ale nudziło im się czekać, więc Zuza wpadła na pomysł. Jesień poznaje się po tym, że liście są kolorowe. Więc Zuza wyjęła kredki i pomalowała kilka liści na jabłoni na czerwono, buraczkowo i fioletowo, i zaraz zrobiła się jesień i zaczęły spadać jabłka.
A wąż patrzy na jabłka, ale nagle się przestraszył i mówi.
- Tu leży inny wąż, strasznie duży i zielony. Zielone są najbardziej jadowite. Pamiętam z National Geographic.
A Zuza:
- To przecież wąż ogrodowy. Służy do podlewania drzew. Bardzo pożyteczny.
A wąż ogrodowy usłyszał te pochwały i zaczął puchnąć z dumy. A jak spuchł tak całkiem, to nie mógł już utrzymać wody i wypuścił tyle wody, że oblał wszystkie drzewa dookoła w promieniu kilometra. Ale Zuzy i węża nie, bo szybko schowali się za krzakiem.

Zaczął padać deszcz. I wąż mówi:
- Tu musi być jeszcze jakiś inny wąż prysznicowy! Strasznie duży robi prysznic. Sam też musi być wielki jak dwadzieścia łazienek. Uciekamy, bo nas całkiem zaleje.
- To nie wąż, tylko deszcz, ty głupi wężu.
- A kto robi deszcz?
- On leci z chmur.
- A kto ciągnie wodę?
- Nikt nie ciągnie, tylko normalnie leci – Zuza była już zmęczona tymi pytaniami węża. Niby taki duży i srebrny, a nie wie, że woda leci z chmur i że nie potrzeba żadnego prysznica.
A wąż pomyślał i powiedział:
- Jednak ja jestem lepszy, bo puszczam ciepłą wodę na twoją mamę, kiedy się kąpie. A tu leci tylko zimna. Te chmury się nie znają na prysznicowaniu.
I poczołgał się do domu, bardzo dumny z siebie, a Zuza poszła za nim. I położyła się do łóżka, i nikt nic nie zauważył, jak to we śnie. A wąż poszedł do siebie do łazienki.

O mnie

Nazywam się Renata Chołuj. Urodziłam się 4 lipca 1971 w Garbatce – Letnisko. Dziadek zaprzągł był do wozu kobyłę i w ten sposób odbyłam swoją pierwszą podróż z porodówki do domu. Wychowałam się w Pionkach (przed wojną Zagożdżon). Debiutowałam w roku 1978 wierszem o zsiadłym mleku. Jednak publiczność zawiedziona brakiem rymów dokładnych skrytykowała mój poemat. Zarzuciłam wówczas wszelką twórczość literacką na trzydzieści lat...

W dzieciństwie często podróżowałam na tylnym siedzeniu syreny 105 L. Szefową pokładu była moja ciotka, próbowała - z marnym skutkiem(!) - zainteresować mnie motoryzacją. Jednak udało mi się zdobyć kartę rowerową, a następnie ekstrawagancko żółty rower Wigry 5. Niestety, niedługo cieszyłam się bicyklem. Nieznany sprawca uprowadził ów sprzęt (wraz z kompotem truskawkowym i zepsutym radiomagnetofonem „Kasprzak”) z piwnicy bloku pionkowskiego osiedla Podgóry.

W liceum marzyłam o pewnym rozczochranym studencie z altówką, mocnej trójce z chemii i tureckich dżinsach. Po wielu staraniach udało mi się dostać trójkę. Z minusem. Studiowałam w Lublinie. Mieszkałam z trzema wesołymi koleżankami w apartamencie obok garażu, bez łazienki, ale za to z toaletą. Miałyśmy do dyspozycji grzewczy piec gazowy, regularnie się psuł, na szczęście tylko zimą. Emaliowany, kuchenny zlew doskonale spełniał rolę prowizorycznej pralki. Lodówka nie była nam potrzebna.

Obecnie prowadzę koczowniczy tryb życia, u wybrzeży Morza Północnego, w Hadze. Staram się zachować pogodę ducha, mimo że jak to w Holandii, gdzie nie spojrzę tam kanał lub depresja... W sąsiedztwie mieszkają zbrodniarze wojenni, Dziewczyna z perłą (Mauritshuis) oraz emerytowany, otyły muzyk rockowy z czwartą żoną.

Piję za dużo kawy. Lubię tuczące pokarmy mączne i chodzić na grzyby. Gromadzę też rozmaite starocie, ale wbrew zasadzie mam młodszego męża.

Zapraszam Państwa do przeczytania Geriavitów i Stanu podgorączkowego. Jeśli ktoś się uśmiechnie lub pokiwa głową – będzie to dla mnie komplement.

W sekcji Dla dzieci znajdą Państwo teksty dla ludzi poniżej metra pięćdziesiąt i/lub urodzonych po roku 2000. Dostęp do nich jest darmowy. Proszę korzystać. Czytajmy dzieciom!

Kontakt

Z radością będę oczekiwać na korespondencję od Państwa pod adresem:
rcholuj[at]gmail.com